Klub Kolekcjonera

Medale na medal

Roman Polerowicz. O ostrowskich medalach wie wszystko. Prawie wszystko. Zaczął od ich kolekcjonowania. Rozpoczął pracę nad ich skatalogowaniem. Później zajął się ich projektowaniem. Dziś nawet wykonywanie medali nie ma przed nim tajemnic.

Systematyka medali (i oczywiście nie tylko medali) to dla kolekcjonerów rzecz istotna. Bo to właśnie decyzja oparta o systematykę, ograniczająca ramy budowanego zbioru, definiuje nam czy dany obiekt zostanie włączony do kolekcji czy nie. A medale dzielić można na wiele sposobów. Metalowe – niemetalowe. Odlewane – trawione – bite. Ostatnio także drukowane na drukarkach 3D. Firmowe. Rocznicowe. Sportowe. Nagrodowe. Religijne. Dotyczące jednego tematu, jednego miejsca, jednego wydarzenia, jednego człowieka (polityka, papieża, pisarza)… Mało? A przecież każdą pozycję tej naprędce sporządzonej listy można podzielić na subkategorie. Romana Polerowicza – kolekcjonera, ale także projektanta – interesują medale ostrowskie.

Mam z tym pewien problem­ – mówi Roman Polerowicz prezentując medal wydany z okazji 60-lecia klubu sportowego Centra. – Wszyscy wiemy, że to medal ostrowski. Nie ma na nim jednak słowa Ostrów ani żadnej innej wskazówki dotyczącej pochodzenia tego medalu. Tak właściwie nie powinniśmy umieszczać go w zestawieniu medali ostrowskich. Bo przecież w Polsce wiele klubów sportowych nosi nazwę Centra. W tym przypadku zrobimy wyjątek, bo mamy pewność, że chodzi o nasz klub. Kto jednak wie, czy za kilkadziesiąt lat gdzieś w Polsce nie znajdą się kolekcjonerzy spierający się o to, z którą Centrą ten medal jest związany.

METAL I PRECYZJA

Ostrowski kolekcjoner nie kryje, że zawsze ciągnęło go do pracy z plasteliną, gipsem, gliną. Klejenie, projektowanie, rzeźbienie, wypalanie sprawiało mu wiele radości od dzieciństwa. Wszystko to wróciło, gdy jako dorosły już człowiek trafił do polskiego towarzystwa numizmatycznego, gdzie spotkał wielu kolekcjonerów zbierających nie monety, ale właśnie medale.

Wrażenie robiły szczególnie medale bite w mennicy państwowej – mówi Roman Polerowicz. – Precyzja, odwzorowanie, jakość. To wszystko razem niezwykle mnie fascynowało. Taki medal to po prostu dzieło sztuki zamknięte w metalowym krążku.

Jak wspomina, 40 lat temu relacja ceny medalu do wysokości średniej krajowej była zdecydowanie korzystniejsza niż dzisiaj, co sprzyjało decyzji o budowaniu zbioru. A że medale w mennicy państwowej bite były w nakładach nawet 3 tysiące sztuk, nie było kłopotów z ich nabyciem.

Zawsze interesowałem się historią – mówi Roman Polerowicz. – Swoją kolekcjonerską przygodę z medalami rozpocząłem więc od medali niepodległościowych, prezentujących szlak bojowy i upamiętniających bitwy toczone przez wojsko polskie.

OD KOLEKCJI DO PRACOWNI

Później przyszła ciekawość. Jak właściwie powstaje taki medal? Wtedy właśnie w życiu kolekcjonera pojawił się Franciszek Pera.

W okresie, w którym zbierałem już medale bardzo poważnie, gdzieś w latach 2005-2006, trafił w moje ręce medal z gipsu. Jaka jest trwałość takiego przedmiotu nie muszę nikomu tłumaczyć. Udałem się więc do pana Franciszka z pytaniem, czy nie odlałby mi go w mosiądzu.

Roman Polerowicz nie ukrywa, że spotkanie z Franciszkiem Perą było dla niego wielką inspiracją. Stara fascynacja połączona z nowymi możliwościami wydała pierwszy owoc – medal rocznicowy na 125 lat posługi sióstr świętej Elżbiety (Ostrów 1881-2006).

NAJPIERW GIPS

Emisja medalu to złożony, wieloetapowy proces, który najczęściej rozpoczyna się od czystej kartki i ołówka. Gdy medal robi się na zlecenie, etap ten może potrwać. Czasami trudno spełnić wszystkie oczekiwania klienta.

Etap drugi to przeniesienie rysunku na model gipsowy. Roman Polerowicz korzysta z gipsu dentystycznego.

Bardzo dobrze się w nim rzeźbi – mówi kolekcjoner prezentując narzędzia wyglądające niczym akcesoria przyniesione prosto z sali tortur dla lalek Barbie. – Niestety, efektem ubocznym prac na tym etapie jest unoszący się w całym domu kurz i gipsowy proszek. Z pewnością wszyscy żonaci mężczyźni potrafią sobie wyobrazić, że generuje to jeszcze jeden, inny efekt uboczny…

Właśnie dlatego Roman Polerowicz często przygotowując pierwszy model, zamiast prac w gipsie, decyduje się na rzeźbienie w plastelinie.

To oczywiście specjalna plastelina techniczna, bardziej twarda, bez siarki. Koniecznie taka, która nie wchodzi w reakcję z silikonem.

Rzeźbienie w jasnym gipsie powoduje, że najdrobniejszych elementów nie widać zbyt dokładnie. A pamiętać trzeba, że każda wydrapana linia, kropka, znaczek, zostanie odwzorowany na medalu. Tu nie ma prostego komputerowego Ctrl+Z. Wykonanej operacji nie da się ot tak cofnąć.

Właśnie dlatego na pewnym etapie zalewam model silikonem, co daje możliwość wykonania w tak uzyskanej formie pierwszego gipsowego odlewu.

Dalsze prace wykonuje się już na nowym modelu, który projektant posypuje dodatkowo sproszkowanym grafitem, co pozwala mu dokładniej przyjrzeć się projektowi. A potem? Potem poprawka – silikon – grafit – rzeźbienie – poprawka – silikon – grafit… Aż do uzyskania satysfakcjonującego efektu. Końcową formę sylikonową (a właściwie dwie: awersu i rewersu) zalewa się dwuskładnikową żywicą. Ale uwaga! Jej przydatność liczy się dosłownie w dziesiątkach sekund. Po tym czasie zmienia ona swoje właściwości i nie nadaje się do dalszego wykorzystania!

Odlane w żywicy awers i rewers projektant zeszlifowuje do minimalnej, mierzonej w milimetrach grubości i łączy całość wkładając między odlewy mosiężną płytkę o kształcie docelowym medalu, głównie w celu obciążenia modelu.

Gdyby był on zbyt lekki, w dalszych pracach, już na etapie tworzenia formy, mógłby się przesunąć czy podskoczyć, niszcząc zamierzenia projektanta.

Efetem końcowym tego etapu jest gotowy model, który trafia do odlewni.

MOMENT OGNIA

Trzeba zrozumieć, że odlanie medalu to praca na konkretnym fizycznym obiekcie. Gdybyśmy chcieli odlewać trzy-cztery medale równocześnie, musielibyśmy wcześniej wykonać trzy-cztery modele. Jak zapewnia kolekcjoner, mimo że to praca ręczna, różnice między takimi modelami są praktycznie niezauważalne.

Zauważalna jest natomiast różnica wielkości. Co prawda model wygląda dokładnie tak, jak mają wyglądać przygotowywane medale, ale jest on większy. Powód? Gorący medal, zgodnie z prawami fizyki, w miarę chłodzenia będzie się kurczył. Roman Polerowicz, projektant ponad 20 medali, z doświadczenia wie, że dla medali o docelowej średnicy 70 milimetrów, model musi mieć średnicę 73 – 74 milimetry. Tak przygotowany, trafia do piaskowej formy, gdzie trzeba go wcisnąć mniej więcej do połowy grubości medalu (linii podziału), by wystająca ponad piasek druga połowa znalazła się w drugiej części nakładanej od góry formy. Po dociśnięciu i ubiciu piasku, formy są rozłączane, model i elementy układu wlewowego ostrożnie usuwane, by nie zniszczyć rysunku. Następnie formy składa się ponownie – teraz są już gotowe do lania metalu, po którym rozpoczyna się kontrolowane stygnięcie.

Na tym etapie nie ma co się spieszyć. Im dłużej trwa proces stygnięcia, tym lepiej dla końcowego produktu. Pośpiech skutkować może na przykład nieplanowanymi zmianami kształtu, a nawet pęknięciem medalu. Dlatego warto poczekać.

Im większy obiekt, tym dłużej musi stygnąć. W przypadku medalu mówimy o dniach czy godzinach. Stygnięcie dzwonów liczy się w tygodniach.

Wystygnięcie odlewu nie kończy jeszcze procesu produkcji. Od każdego z medali trzeba odciąć nadlewki, nadwyżkę metalu, który pozostał w kanalikach wlewowych. Wszelkie nierówności muszą zostać zeszlifowane. Nim medal zostanie ostatecznie zawoskowany lub polakierowany, czyści się go drucianą szczotką. Czasami dodatkowo poddaje się go patynowaniu.

PRAWDZIWY MEDAL

Świat medali odlewanych ma w sobie coś z romantyzmu epok dawnych mistrzów. Medale wykonywane tą techniką ciągle wygrywają ze sterylnymi medalami produkowanymi w wysokich nakładach z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Do tego zalewa nas produkt tani ale znacznie gorszy.

To jest złom – mówi Roman Polerowicz biorąc do ręki „medal” pochodzący z Chin. – Wyprodukowany w milionowym nakładzie, często z materiału „udającego” metal, z miejscem na okrągłą naklejkę wydrukowaną komputerowo, którą można oderwać i zastąpić dowolną inną. Dla mnie to nie medal, a jego profanacja.


Na szczęście mistrz Polerowicz pozostaje wierny medalierskiej tradycji. ■