bogdan

Zbierający amerykańskie tablice rejestracyjne Maciej Tadel był ostatnim gościem klubowego wieczoru Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera w 2019 roku.

Na początku nie było w tym jakiejś głębszej filozofii czy ideologii – tłumaczył w minioną środę swoje zainteresowanie Maciej Tadel. – Któregoś dnia stwierdziłem, że warto byłoby w jakiś sposób urozmaicić betonowe ściany mojego garażu. Pierwszym pomysłem były metalowe, emaliowane, historyczne tablice reklamowe. Prowadząc internetowe poszukiwania, przez przypadek natrafiłem na stronę poświęconą kolekcjonowaniu tablic rejestracyjnych. Temat tak mnie wciągnął, że przez ostatnie miesiące nie ma dnia, abym nie szukał kolejnych eksponatów.

Jak mówił na spotkaniu w Ostrowskim Centrum Kultury mieszkający w podostrowskim Wtórku kolekcjoner, tak naprawdę trudno. mówić o czymś takim, jak amerykańskie tablice rejetracyjne, ponieważ każdy stan USA ma w tym zakresie własne regulacje. Właśnie dlatego kolekcja Macieja Tadla jest różnorodna. Tym bardziej, że typowym dla amerykańskich tablic stało się umieszczanie na nich wzorów graficznych. A jeśli do tego dodamy, że co kilka lat wzory te ulegają zmianie, pomysł na atrakcyjny wizualnie zbiór gotowy.

Goście wieczoru podczas spotkania dowiedzieli się, że typowym dla USA są emisje okolicznościowych tablic rejestracyjnych wydawanych przy okazji istotnych historycznie wydarzeń. Kilka z nich trafiło także do kolekcji Macieja Tadla: tablice z oryginalnymi dowodami rejestracyjnymi wydane z okazji inauguracji prezydenckich: Richarda Nixona w 1973 roku, Ronalda Reagana w 1981, Billa Clintona w 1993 czy też tablice z 1993 roku upamiętniające zdobycie przez Chicago Bulls trzeciego z rzędu mistrzostwa NBA.

Tablice takie mogą być używane jedynie przez ograniczony okres – tłumaczył kolekcjoner.

Maciej Tadel w czasie prezentacji przybliżył historię tablic rejestracyjnych, zdradził kilka tajemnic rynku kolekcjonerskiego oraz podpowiedział, w jaki sposób najlepiej sprowadzać bezpośrednio z USA do Polski nowe obiekty do zbioru. Jak przyznał, obecnie próbuje skompletować tablice wszystkich amerykańskich terenów zamorskich.

Lalki Barbie. Klocki Lego. Kolejki. Modele samochodów. Figurki z jajek – niespodzianek. Jest coś takiego w świecie zabawek, co potrafi zafascynować dorosłych do tego stopnia, by stały się częścią ich życia.

Tym razem członkowie Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera musieli na słowo uwierzyć gościowi klubowego wieczoru. Bartosz Giwerski, który w maju w Ostrowskim Centrum Kultury prezentował swoją kolekcję klocków Lego, nie pokazał większości przyniesionych z sobą zestawów. Powód? Pudełka pozostawały zamknięte i fabrycznie zapakowana.

Od 2007 roku nie otwieram wszystkich zestawów – mówił Bartosz Giwerski. – Po otwarciu opakowania, rynkowa wartość zestawu potrafi spaść nawet o 40-50 procent.

Nie oznacza to jednak, że majowy gość OKK zbiera wyłącznie „pudełka”. Wiele zestawów rozłożonych zdobi jego mieszkanie. Wśród nich są m.in. specjalne zestawy świąteczne dostępne jedynie dla członków oficjalnego klubu Lego, do którego Bartosz Giwerski należy od dawna.

Nim gość spotkania szerzej opowiedział o przyniesionych przez siebie eksponatach, przybliżył krótko historię duńskiej firmy. Uczestnicy spotkania mogli dowiedzieć się o świecie Lego także rzeczy, których trudno się było spodziewać. Jedną z ciekawostek jest to, że w każdym firmowym zestawie jest przynajmniej jeden unikatowy klocek, który uniemożliwia złożenie go z klocków z innych zestawów. Okazuje się także, że – oprócz zestawów dostępnych w każdym miejscu na Ziemi – duński producent wypuszcza klocki, które dostępne są jedynie w określonym kraju. Na szczęście, jak mówił Bartosz Giwerski, polityka firmy w tym zakresie zmieniła się na tyle, że „klockowe VIPy” mają możliwość zamówienia tych zestawów przez Internet.

Okazuje się, że usunięcie jednego problemu potrafi wygenerować nowy: do poziomu potrzeb kolekcjonerskich nie potrafią, niestety, dostosować się niektórzy kurierzy. Nawet Bartoszowi Giwerskiemu zdarzało się otrzymywać zestawy w opakowaniach uszkodzonych przez dostawców w czasie transportu.

Są jednak takie zestawy, których zdobycie – jak mówił gość wieczoru – trudne jest przede wszystkim ze względu na ich obecną wartość rynkową, często przekraczającą możliwości przeciętnego kolekcjonera. Rekordzistą w tym zakresie jest Ultimate Collector’s Millennium Falcon, czyli klockowa wersja znanego z Gwiezdnych Wojen Sokoła Millenium, którego zobaczyć mogliśmy na żywo na stoisku Barta Giwerskiego podczas Ostrowskiego Dnia Kolekcjonera 2018. Jak mówił kolekcjoner, złożony z 7.541 klocków zestaw jest dziś największym zestawem Lego w historii. Palmę pierwszeństwa w tym zakresie odebrał składającemu się z 5.922 części zestawowi Taj Mahal.

Trzydzieści parę złotych. Tyle kosztuje pisanka oferowana przez jeden z internetowych sklepów rozprowadzających dzieła artystów ludowych. Produkcja adresowana jest jednak bardziej do odbiorcy masowego, niż do kolekcjonerów. Ci bowiem jajka zdobione popularnymi technikami posiadają z pewnością od dawna.

Wiekowa tradycja
Jak podaje część historyków, najstarsze pisanki pochodzą z terenów sumeryjskiej Mezopotamii. Zdobione jajka znajdowano także w grobowcach faraonów. Zwyczaj malowania jajek, o czym wspomina choćby Owidiusz, znany był w czasach cesarstwa rzymskiego.
Polska pisanka ma już ponad tysiąc lat. Wikipedia podaje, że „najstarsze pisanki na ziemiach polskich, pochodzące z końca X wieku, odnaleziono podczas wykopalisk archeologicznych w pozostałościach grodu na opolskiej wyspie Ostrówek. Wzór rysowano na nich roztopionym woskiem, a następnie wkładano je do barwnika – łupin cebuli lub ochry, które nadawały im brunatnoczerwoną barwę.”
Wpis w Wikipedii należałoby właściwie poprawić i słowo „rysowano” zastąpić wyrazem „pisano”. Pisanki – podobnie jak ikony – pisze się bowiem, a nie rysuje czy maluje. Właśnie w tym niektórzy upatrują źródła nazwy „pisanka”.
Technika nanoszenia na jajko wzoru z wykorzystaniem wosku, zwana od XIX wieku batikową, to tylko jedna z wielu, jakimi dziś zdobi się jajka. Wie o tym doskonale Maria Biela – ostrowianka, która od lat przemierza całą Polskę, żeby poznawać charakterystyczne dla różnych rejonów techniki i wzory, a później samemu wykonywać zdobienia na jajkach kurzych, gęsich i kaczych. I robi to z powodzeniem, o czym świadczy fakt, że jej prace trafiły do zbiorów i były prezentowane na wielu wystawach m.in. w Muzeum Rolnictwa w Szreniawie, Muzeum Pisanki w Ciechanowcu czy Muzeum w Russowie. W 2012 roku starosta ostrowski Paweł Rajski wyróżnił Marię Bielę za tę właśnie działalność Laurem Kultury.

Sposób na emeryturę
Ostrowska artystka pisankarstwem zajęła się kilkanaście lat temu. Zafascynowana tym, co zobaczyła w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu, postanowiła podejść do tematu w sposób systematyczny: odwiedza wszystkie miejsca, w których wystawiane są pisanki, zbiera wiadomości, publikowane wzory, bo – jak twierdzi – to ważny element lokalnej tożsamości. Jako dowód proponuje przyjrzenie się społeczności łemkowskiej w Polsce, która przymusowo rozproszona przed laty przez władze komunistyczne, zabrała z sobą tradycyjne łemkowskie wzornictwo wielkanocnych jajek do wszystkich miejsc, do których została skierowana.
– Bo po wzorach i po technice wykonania zdobień specjaliści bez trudu rozpoznają, z jakiego regionu pochodzi dane jajko – mówi Maria Biela, która natychmiast dodaje: – Chyba, że będzie chodzić o Wielkopolskę, która nie wykształciła ani żadnej specjalnej techniki, ani charakterystycznego wzoru.
Jeżeli wzór taki nawet był, jest już teraz nie do zidentyfikowania. Podstawą polskiej etnografii są bowiem prace Oskara Kolberga. Gdy dokumentował on kulturę ludową, dzieląc ją według regionów, w zakresie pisanek zabrakło wielkopolskiej aktywności. To wystarczyło.
Jak tłumaczy artystka, dzisiaj trudno znaleźć wspólny mianownik dla jajek lądujących w wielkopolskich koszyczkach ze święconką: pisanki w Wielkopolsce to mieszanka stylów i technik podpatrzonych w innych regionach kraju lub przywiezionych przez osiedlających się tu napływowych mieszkańców.

Jajko regionalne
Inne regiony w tym zakresie miały znacznie więcej szczęścia.
Typowe jajka opolskie to kraszanki (kroszonki) wykonywane techniką rytowniczą. Na barwione w naturalnych barwnikach jajko (gotowane w łupinach cebuli zabarwi się na brązowo, w pędach młodego żyta na zielono, w soku z buraka na różowo), wzór nanosi się zeskrobując barwnik ostrym narzędziem, odsłaniając pierwotną białą powierzchnię. Charakterystyczna jest nie tylko technika, ale i stylistyka: dominują wzory kwiatowe.
– W Opocznie i okolicach głównym motywem są wiatraczki, bo jest to ziemia młynów i wiatraków – mówi Maria Biela.
Jajka można również oklejać. Technika taka nie będzie zaskoczeniem, jeśli chodzi o Łowicz, który nawet folklorystyczny laik kojarzy z pewnością z łowickimi wycinankami. Właśnie kolorowe, papierowe wzory, wśród których często dostrzec można koguty, naklejane na skorupki jajek charakteryzują pisanki łowickie.
Także na Kurpiach wyklejanka to technika najbardziej rozpowszechniona. Tu jednak ze względu na charakterystykę regionu, jajko okleja się głównie sitowiem oraz kawałkami włóczki.
pisanka ludowa
Pisanka jako taka nieustannie pozostaje w kręgu zainteresowań etnografów.
Wspomniane wcześniej Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu pisanki gromadzi od końca lat sześćdziesiątych XX wieku. Najstarsze i jednocześnie najciekawsze z wrocławskich eksponatów to pisanki huculskie wykonane w latach 30-tych XX wieku na Huculszczyźnie. Najliczniejsze są jajka o wzorach łemkowskich (ponad 100 sztuk). Muzeum systematycznie powiększa kolekcję dzięki organizowanym corocznie pokazom konkursowym, po których prezentowane prace stają się własnością muzeum.
O ile pisanki, to jedna z wielu kolekcji muzeum wrocławskiego, o tyle w Ciechanowcu, w obrębie Muzeum Rolnictwa, w 2004 roku otwarte zostało pierwsze w Polsce Muzeum Pisanki.
– Powstało ono w oparciu o liczącą ponad tysiąc eksponatów prywatną kolekcję państwa Ireny i Jerzego Jasiuków z Warszawy, ofiarowaną w darze ciechanowieckiej placówce – mówi Maria Biela, która prezentowaną kolekcję zna doskonale.
Obecnie ciechanowiecki zbiór to około dwa tysiące pisanek pochodzących nie tylko z różnych rejonów Polski, ale także Ukrainy, Rosji, Czech, Moraw, a nawet Chin, Japonii czy Kenii.
wartość etnograficzna
– Na różnego rodzaju festynach i kiermaszach ludowych często spotyka się pisanki – mówi Maria Biela. – Zdarza się jednak, że wzór nanoszony jest nie na wydmuszkę, ale na jajko plastikowe. Wartość takiego obiektu jest z etnograficznego punktu widzenia niewielka. Na żadnym liczącym się konkursie pisanka taka nie miałaby szans na nagrodę.
Okazuje się jednak, że pisanka nie musi być wykonana na wydmuszce jajka. Do tradycji podhalańskiej należą bowiem jajka drewniane, na które wzór nanosi się metodą rzeźbienia.

Zanikające techniki
Chociaż kolekcjonowanie pisanek nie jest z pewnością tak popularne, jak zbieranie medali czy odznak sportowych, grono amatorów sztuki ludowej wciąż jest spore, chociaż i tu zaobserwować można pewien regres. Potwierdza to na podstawie własnych obserwacji Maria Biela, która od lat bierze udział w organizowanych latem w Bukowinie Tatrzańskiej Sabałowych Bajaniach – dorocznych spotkaniach twórców ludowych.Jaka perspektywa maluje się – nomen omen – przed malowanymi jajkami?
– Już jest problem – mówi Maria Biela pytana o zainteresowanie młodych ludzi kontynuacją ludowych tradycji. – Boję się, że za jakiś czas zaczniemy obserwować zanikanie niektórych technik, a tradycyjne wzory oglądać będziemy mogli jedynie w muzeach i na fotografiach. Stara generacja twórców wymiera, a młodzi interesują się zupełnie innymi tematami.
Namówić ich do podjęcia trudu nie będzie łatwo: z wytwarzania pisanek nie da się zrobić sposobu na życie, bo nie pozwalają na to ceny rynkowe, a proces powstawania jednego egzemplarza to wiele godzin pracy. Do tego, ponieważ każde jajko jest inne, zanim rozpocznie się właściwe zdobienie, artysta musi odpowiednio je zwymiarować, aby cyklicznie pojawiające się wzory wypełniły całą powierzchnię wydmuszki, a jednocześnie nie kończyły się w połowie.
– Wykonując kolejne pisanki na konkursy i wystawy nie sugeruję się tym, co dziś robią przedstawiciele danych regionów – mówi ostrowska artystka prezentując planszę z wzorami przywiezioną z muzeum. – Zawsze interesuje mnie tylko to, co uda się znaleźć w archiwach lub bibliotekach.
Naszą rozmowę z Marią Bielą artystka zakończyła smutną refleksją.
– Niestety, ludzie nie znają tej części narodowej kultury, nawet nie bardzo chcą ją poznać… A przecież to jest nasze, polskie. I takie piękne!
Czy znajdzie się ktoś, kto podejmie dzieło Marii Bieli?

„Obciążony genetycznie” strażą pożarną Jarosław Cyfert był gościem marcowego wieczoru Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera.

Tym razem nietypowo, bo nie w Ostrowskim Centrum Kultury, a w siedzibie Ochotniczej Straży Pożarnej przy ul. Staszica 1, spotkali się miłośnicy lokalnej historii na trzecim już w tym roku wieczorze Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera. Nie był to przypadek. Gościem, a równocześnie i gospodarzem spotkania był Jarosław Cyfert – członek zarządu ostrowskiej OSP, a prywatnie kolekcjoner wszystkiego, co ma jakikolwiek związek ze strażą pożarną.

I nie ma w tym żadnej przesady: przygotowana przez Jarosława Cyferta prezentacja multimedialna udowodniła, że „kolekcjonowanie straży pożarnej” to w najlepszym wypadku tworzenie kolekcji interdyscyplinarnej, jeśli nie tworzenie równolegle wielu niezależnych zbiorów. Już bowiem pierwszy poruszony przez niego temat – straż pożarna w filatelistyce – to zagadnienie tak obszerne, że ten, kto chciałby zająć się tylko tym, miałby zajęcie na całe życie.

Nie mniej obszerne stworzyliby zbierający straż pożarną na medalach czy odznaki i odznaczenia straży pożarnych. Liczba mnoga w tym przypadku jest w pełni uzasadniona: wszystkie bowiem tematy strażackie kolekcjonować można lokalnie – krajowo lub tworzyć zbiór z obiektów z całego świata.

Plakietki poszczególnych jednostek, strażackie hełmy, oznaczenia stopni, mundury, strażacka literatura (spore zainteresowanie wzbudziła pozycja „Hełmy niemieckie w polskich strażach pożarnych po II wojnie światowej”), karty telefoniczne z wizerunkami samochodów strażackich, modele wozów bojowych – to tylko niektóre z gałęzi olbrzymiego zbioru Jarosława Cyferta, w którym znalazło się miejsce i na lżejszą część: kufle do piwa zdobione strażacką symboliką. Jak zdradził kolekcjoner, większość obiektów tworzących tę część kolekcji to wynik poszukiwań na targowisku przy ul. Witosa.

Na prośbę prowadzącego spotkanie Krzysztofa Maciejewskiego, prezesa Stowarzyszenia „Ocalić od zapomnienia”, w ramach której to organizacji działa Ostrowski Klub Kolekcjonera, Jarosław Cyfert ostatnią część spotkania poświęcił na przybliżenie działalności międzynarodowej grupy kolekcjonerów pamiątek strażackich, w działalność której włączył się aktywnie kilka lat temu.

Po oficjalnym zakończeniu uczestnicy wieczoru mieli okazję bliżej przyjrzeć się kolekcji Jarosława Cyferta, a także możliwość skorzystania z zaproszenia do zwiedzenia mieszczącej się przy ul. Staszica Izby Pamiątek Strażackich.

Prawdziwą kopalnią wiedzy na temat historii krzyża harcerskiego okazał się gość lutowego spotkania Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera, przez wiele lat czynny instruktor  ZHP, Krzysztof Maciejewski.

Kilkadziesiąt wzorów krzyża harcerskiego – odznaki tradycyjnie używanej przez Związek Harcerstwa Polskiego, ale także przez większość pozostałych polskich organizacji harcerskich (chociaż nie wszystkie) – zaprezentował w ostatnią środę lutego na Małej Scenie Ostrowskiego Centrum Kultury Krzysztof Maciejewski – kolekcjoner i niewątpliwy znawca tematu.

Krzysztof Maciejewski uświadomił uczestnikom spotkania, że w ciągu ponad stu lat historii ruchu harcerskiego, produkcją krzyży harcerskich zajmować musiały się dziesiątki grawerów. Stąd też różnice w rysunku, materiale i wielkości odznak, które pojawiały się w różnych okresach na harcerskich mundurach.

Pierwsze masowo produkowane krzyże harcerskie, krzyże bite na emigracji, falsyfikaty, odznaki okupacyjne, edycje grawerów nie tylko z Polski, a nawet „braki” – odznaki wybite z błędami – to wszystko obejrzeć było można na żywo podczas klubowego spotkania. Kolekcjoner przygotował bowiem nie tylko prezentację multimedialną, ale zaprezentował także większą część swojego zbioru, rozprawiając się przy okazji z wieloma mitami i nieprecyzyjnymi informacjami na temat okoliczności powstania odznaki, które w wielu środowiskach harcerskich powtarzane są bezkrytycznie do dziś.

Krzysztof Maciejewski zabrał uczestników wieczoru także na wirtualny spacer po swojej stronie internetowej www.krzyzharcerski.pl, na której znaleźć można nie tylko zdjęcia posiadanych przez niego odznak, ale i wzory krzyży ze zbiorów innych pasjonatów, które do tej pory nie trafiły jeszcze do jego kolekcji, a także teksty źródłowe udostępnione przez badaczy tematu i kolekcjonerów z całej Polski.

Odpowiadając na pytania publiczności, Krzysztof Maciejewski tłumaczył różnice między krzyżami męskimi i żeńskimi oraz zmieniające się zasady centralnej numeracji odznaki organizacyjnej. Nie zabrakło też sprawy sporu pomiędzy Związkiem Harcerstwa Polskiego a Związkiem Harcerstwa Rzeczpospolitej, o prawo do wykorzystywania wizerunku krzyża, który to spór zakończył dopiero wyrok sądu z 2011 roku stanowiący, że „prawo do tej odznaki, do tego symbolu całego ruchu harcerskiego, jakim jest krzyż harcerski – mają wszystkie organizacje harcerskie, które w ramach swojego działania statutowego nawiązują i realizują w praktyce fundamentalne zasady harcerstwa”.

I tylko dziwić może, że z takiej nietypowej gawędy harcerskiej, nie zdecydowali się skorzystać członkowie ostrowskiego hufca ZHP.

Marian Szczygieł – filatelista z ponad półwiecznym stażem – był gościem styczniowego spotkania Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera, na które ostrowian tradycyjnie zaprosiło Stowarzyszenie „Ocalić od zapomnienia”.

Piąty sezon działalności zainaugurował w styczniu Ostrowski Klub Kolekcjonera, któremu od samego początku gościny udziela Ostrowskie Centrum Kultury. I chociaż członkowie klubu to w większości zbieracze przedmiotów nietuzinkowych (wszak ostrowscy filateliści i numizmatycy działają zrzeszeni we własnych, branżowych stowarzyszeniach), zdarza się, że gościem wieczoru jest przedstawiciel jednej z najbardziej popularnych dziedzin kolekcjonerstwa. Tak właśnie było w ostatnią środę stycznia: gościem wieczoru OKK był Marian Szczygieł – najbardziej rozpoznawalny ostrowski filatelista.
I nie ma co ukrywać, na tę rozpoznawalność Marian Szczygieł solidnie zapracował. Gdy w 2011 roku Ostrów świętował 125-lecie istnienia budynku poczty przy ul. Kolejowej, Marian Szczygieł na ustawionych w holu budynku ekranach zaprezentował znaczki emitowane przez Pocztę Polską i uznane w kolejnych konkursach za najpiękniejsze.

– Filatelista to ten rodzaj kolekcjonera, który nie zbiera wyłącznie dla siebie, do szuflady – przekonuje Marian Szczygieł. – Zbieramy po to, by móc swoje zbiory zaprezentować innym. Nie ma większej radości niż świadomość, że ktoś je z zainteresowaniem ogląda.

Nic więc dziwnego, że po zakończeniu uroczystości wystawa pozostała na poczcie. Od tego czasu Marian Szczygieł systematycznie zmienia ekspozycję, prezentując od 8 lat praktycznie bez przerwy kolejne walory ze swoich zbiorów.

A – jak mówił na spotkaniu – gotowy jest opracować praktycznie każdy temat. Chociaż z racji wykonywanego zawodu i zainteresowań jego podstawowym tematem były „Tradycje oręża polskiego”, na różnego rodzaju wystawach i prezentacjach pokazywał „Samochody”, „Koń przyjacielem człowieka” czy „ZHP”. Na prośbę Ostrowskiego Towarzystwa Genealogicznego w listopadzie ubiegłego roku zaprezentował walory nawiązujące do przypadających w 2018 roku rocznic odzyskania niepodległości i wybuchu powstania wielkopolskiego.

Spotkanie w Ostrowskim Klubie Kolekcjonera było okazją do rozmowy o historii ostrowskiego ruchu filatelistycznego oraz o jego aktualnej kondycji. Niestety, na tej płaszczyźnie Ostrów nie różni się od reszty Polski. Jak przyznaje sam kolekcjoner, filatelistyka jest w odwrocie. Dziś w strukturach Polskiego Związku Filatelistów działa zaledwie kilkunastu ostrowian. W latach największej popularności jedno tylko z kilku ostrowskich kół PZF potrafiło liczyć ponad 70 członków.

Kolekcja autografów to nie tylko zbiór podpisów. To także kolekcja historii ich zdobywania i zbiór wspomnień ze spotkań z niezwykłymi ludźmi.

Z pewnością właśnie z takim przekonaniem Ostrowskie Centrum Kultury opuszczali uczestnicy listopadowego wieczoru Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera, podczas którego o swojej kolekcji autografów opowiadał Karol Walerowicz, w wielu środowiskach znany bardziej jako magik Carlos. Gość wieczoru, chociaż ma w swojej budowanej od 2000 roku kolekcji autografy i polityków, i sportowców, sam jako człowiek sceny zainteresowany jest przede wszystkim światem kultury. W zaprezentowanych na Małej Scenie OCK albumach i na oprawionych zdjęciach zobaczyć można było setki podpisów, m.in. Zbigniewa Wodeckiego, Nigela Kennedy’ego, Stana Lee czy twórcy muppetów Jima Hensona, którego podpis Karol Walerowicz ceni sobie najwyżej. Znaczna część z nich to efekt osobistych spotkań z gwiazdami i celebrytami: czasami przypadkowych, czasami poprzedzonych wielogodzinnym oczekiwaniem, a czasami, jak w przypadku Krystyny Tkacz, i przypadkowych, i kosztujących wiele czasu.

Jeżeli jest to spektakl, koncert, spotkanie autorskie, warto się wcześniej przygotować – mówi Karol Walerowicz. – Artysta inaczej zareaguje, gdy podsuniemy mu do podpisania wyrwaną z zeszytu kartkę, a inaczej, gdy poprosimy go o podpisanie zdjęcia lub specjalnie zaaranżowanej karty albumowej na autograf.

Część autografów w zbiorze ostrowianina to podpisy zdobyte przez znajomych i przyjaciół. Kolekcjoner do zbioru dokłada tylko te, co do których autentyczności nie ma wątpliwości.

– W Stanach Zjednoczonych działa wiele firm, które po analizie mogą wystawić certyfikat potwierdzający autentyczność podpisu – mówi gość OKK. – W Polsce takiego luksusu nie mamy, więc rynek wtórny autografów jest mocno ograniczony. Sami musimy zadbać o uwiarygodnienie autentyczności, choćby fotografując artystę podpisującego przygotowane przez nas zdjęcie. Właśnie dlatego nie wymieniam się z innymi kolekcjonerami.

Spotkanie z Karolem Walerowiczem – magikiem – nie mogło ograniczyć się jedynie do rozmowy o kolekcji. Gość wieczoru… wyczarował wskazany przez przedstawicielkę publiczności autograf Daniela Olbrychskiego!

Kolekcja Karola Walerowicza to kolekcja wiecznie otwarta: każdy sezon przynosi nowe nazwiska godne dołączenia do zbioru. Ostrowianin chciałby jednak uzupełnić braki autografów mistrzów.

– Ciągle czekam na okazję zdobycia podpisu Jana Kobuszewskiego.

Historia klubu sportowego Centra Ostrów pisana pamiątkami klubowymi była tematem kolejnego wieczoru Klubu Kolekcjonera.

Tym razem gościem spotkania był członek zarządu KP Centra Ostrów, a od niedawna także członek Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera Krzysztof Sadowski. Nim gość wieczoru omówił przygotowaną wystawę klubowych pamiątek, w oparciu o historyczne zdjęcia opowiedział, jak Ludowy Zespół Sportowy Centra Zacharzew stał się Klubem Piłkarskim Centa 1946 Ostrów Wielkopolski, jak zmieniały się nie tylko klubowa nazwa, ale i barwy, a nawet obiekty sportowe.

Kolekcjonerów najbardziej interesowały oczywiście klubowe pamiątki: koszulki, proporczyki, medale, statuetki, bilety czy odznaki. Jak mówił Krzysztof Sadowski, podobnie jak wiele innych klubów, Centra boryka się z problemem wydawnictw pirackich, produkowanych przez osoby niezwiązane z klubem, które nie bacząc na prawa autorskie, dla zysku produkują przedmioty udające pamiątki klubowe. Właśnie dlatego zaprezentował wydawnictwa oficjalne oraz falsyfikaty.

Drugi numer „Kolekcjonera Ostrowskiego” to kolejna porcja informacji ze świata kolekcjonerów ostrowskich.

Drugi numer „Kolekcjonera Ostrowskiego” to kolejna porcja informacji ze świata kolekcjonerów ostrowskich, w tym prezentacja zbioru, o którym wcześniej nikt nie mówił.

W numerze znajdą Państwo:

  • „Zaproszenie do kolekcji” – niepozorne dokumenty społecznego życia miasta;
  • „W oczekiwaniu na katalog” – „Katalog medali Ostrowa Wielkopolskiego” do aktualizacji;
  • „Tabulista z przypadku” – ostrowski kolekcjoner tablic rejestracyjnych USA;
  • „Na początku był beret dziadka” – w poszukiwaniu hełmów polskiej armii;
  • „Kobieta na banknocie” – reklama, na którą nie nabierzesz kolekcjonera;
  • „21 tysięcy kartograficznych pocztówek” – Mirosław Żarnowski i jego pocztówki z mapami;
  • „O kolekcjonowaniu geografii historycznej” – Józef Pietrzak w Ostrowskim Klubie Kolekcjonera;
  • „Przegląd kolekcjonera” – ciekawostki ze świata kolekcjonerskiego.

okladka ko 18Wydawnictwo zostało wydane przy udziale środków ostrowskiego Starostwa Powiatowego w ramach realizacji zadania „Kolekcjoner Ostrowski”, ukazało się w nakładzie 100 sztuk.

Józef Pietrzak – historyk i regionalista – był ostatnim przed wakacyjną przerwą gościem comiesięcznych spotkań Ostrowskiego Klubu Kolekcjonera.

Zapewne nie wszyscy wiedzą, że nauczyciel, regionalista, doktor historii, autor wielu publikacji (m.in. „Między samorządem a administracją. Rozwój i działalność samorządu w Ostrowie Wielkopolskim w latach 1919-1999”) Józef Pietrzak to kolekcjoner historycznych map, którego szczególnym zainteresowaniem są historyczne atlasy szkolne.

– Jest trochę w tym moim zbiorze przypadkowości – mówił na czerwcowym spotkaniu OKK Józef Pietrzak. – Jedni z podróży zagranicznych przywożą pocztówki, albumy fotograficzne, a ja historyczne atlasy.

Nie oznacza to jednak, że w kolekcji Józefa Pietrzaka nie ma egzemplarzy wyjątkowych. Za dowód niech posłuży „Atlas historyczny Polski” – wydanie V J. M. Bazewicza z 1921 roku, który gość wieczoru zabrał z sobą na spotkanie w Ostrowskim Centrum Kultury.

To skromny atlas, z którego w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości uczyła się młodzież ostrowskiego Gimnazjum Męskiego.

Atlas z 1921 roku otwiera przegląd atlasów szkolnych: do historii powszechnej i historii Polski, z których przyszło się uczyć polskim uczniom w okresie od odzyskania niepodległości, przez PRL, po III RP.

Kolekcja Józefa Pietrzaka to nie tylko publikacje rodzime. Prezentując wydawnictwa kartografii historycznej różnych krajów, które znalazły się w jego zbiorze, gość spotkania podkreślał, że często atlasy i geograficzne, i historyczne, służą do forsowania uznanej w danym państwie linii historycznej lub utrwalania aktualnej, często poddawanej w wątpliwość nawet przez społeczność międzynarodową sytuacji geopolitycznej. Polakom najłatwiej to zaobserwować analizując atlasy historyczne państw ościennych, jak choćby Ukrainy, w którym granice Wielkiej Ukrainy na ukraińskich mapach sięgają okolic Nowego Sącza i Jasła, czy Litwy, która zupełnie inaczej niż Polska rozkłada akcenty na publikowanych przez siebie mapach Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Mapy historyczne to nie tylko granice polityczne. To także granice wpływów chrześcijaństwa, granice industrializacji, stylów architektonicznych, a nawet granice występowania niektórych nawyków kulinarnych. I chociaż również i takie mapy znaleźć można w kolekcji ostrowianina, jak podkreśla Józef Pietrzak nie ma w niej ciągle szkolnego atlasu do nauki historii z terenu byłego ZSRR.